niedziela, 7 grudnia 2014

Odcinek 34

Po tak długiej podróży, postanowiłam przygotować coś do zjedzenia. Nie chcieliśmy zaczynać od odpoczynku, więc dawka dodatkowej energii mogła nam się przydać. Kiedy ja robiłam omlety z surowym mięsem, chłopaki przygotowywali plan działania.


Postanowiliśmy się rozdzielić. Kilka sztandarowych miejsc wymagało sprawdzenia, a w pojedynkę powinno nam pójść znacznie szybciej. Każdy udał się w swoją stronę.


Juno wyruszył w stronę targu. Sklep z książkami i lokalne ploteczki mogły być dobrym źródłem informacji.


Dymitr poszedł nad Smocze Źródła. Nie spotkał tam żywej duszy, a i miejsce po wstępnych oględzinach wyglądało na zwyczajne.


Mnie nogi poniosły do Ogrodu Mędrca. Ku mojemu zaskoczeniu, jedyną osobą, jaka tam była, była pani archeolog. Nie chciałam zdradzać jej celu swojej podróży, bo licho nie śpi, a kto wie czy nie miałaby ochoty sprzątnąć nam kamienia sprzed nosa. Ona jednak była tu na ekspedycji dotyczącej Zakazanego Miasta i Armii Terakotowej. Podobno odnaleziono nowych żołnierzy.


Dymitr postanowił odwiedzić jeszcze mistrza Lao w szkole Sim-Fu.



Po całym poza domem, spotkaliśmy się na rynku, by omówić szczegóły. Nikt z nas nie miał dobrych wieści. Przed powrotem do domu, Juno chciał odwiedzić swojego ojca, mistrza Xian. My z Dymitrem, postanowiliśmy odwiedzić najstarszego członka najwyższego rodu w Chinach. Mistrz Lao umożliwił nam to spotkanie.


Kiedy Juno udał się do swojego domu rodzinnego...


... my zostaliśmy ugoszczeni przez Pana Szang Sun Tan. Nie należał do ciepłych osób i poświęcił nam zaledwie 10 minut, wypowiadając zaledwie 3 słowa:
"To tylko bajka."


Juno wiedział, że mistrz Xian powinien teraz medytować. Kiedy dotarł na ostatnie piętro i nie zobaczył na tarasie jego maty, a jego nos nie wyczuł zapachu ojca, który tak dobrze pamiętał, wiedział, że powinien spodziewać się najgorszego.


Udał się na miejscowy cmentarz. Zobaczywszy urnę z imieniem swojego ojca, dał upust swoim emocjom. Płakał. Stracił poczucie czasu, którego teraz, jako wampir, miał w bród. Analizując swoje myśli zrozumiał, że jego szkolenie trwało długie miesiące. A od pamiętnego balu, nie widział ojca ani razu.


Siedzieliśmy w domu, próbując przeczytać zdobyte książki i broszury. Mieliśmy nadzieję natrafić na jakiś ślad, mapę czy informację turystyczną.


Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. To Juno wszedł innym wejściem. Chciał nas uniknąć. Postanowiłam dać mu chwilę, a później poszłam za nim na balkon. Musiałam sprawdzić co się dzieje. Mówił o śmierci ojca. Zaskoczenie, złość, smutek to wszystko zawierały jego słowa.


Nie nadążałam za jego wypowiedziami. Przepraszam mnie za ugryzienie. Mówił, że nienawidzi bycia wampirem. Nie chce żyć wiecznie, tracąc swoich bliskich. Tak bardzo żałował, że stracił również mnie. Teraz nie miał już nikogo. Próbowałam go pocieszyć mówiąc, że wciąż tu jestem. Że teraz przeszłość nie ma znaczenia.


I po raz kolejny przekonałam się, że powinnam najpierw myśleć, a potem mówić. Kolejne wydarzenia posypały się, jak lawina. Juno odebrał to jako zapewnienie o moim nieprzemijającym uczuciu do niego i postanowił mnie pocałować.


Dymitr wszedł na górę, sprawdzić co się z nami dzieje. On zawsze ma dobre wejścia. Musiał słyszeć naszą kłótnię, bo zaraz wyskoczył z oskarżeniem, że to przez niego jestem teraz pijawką i nie ma prawa mnie tknąć.


Juno pod ilością przytłaczających go emocji, dał się ponieść chwili i rzucił się z rękami na Dymitra!


Wtedy moim oczom ukazało się coś, czego się nie spodziewałam. Złapałam chłopaków za ramiona, rozdzielając ich szybko. Nie zważając na zaistniałą sytuację, zapytałam Dymitra, czy przekaz bajki może być traktowany "dosłownie"? Wzruszył ramionami zaskoczony moją postawą.


Wskazałam palcem w dal, a chłopaki powiedli za nim wzrokiem. Tuż przed nami roztaczał się piękny widok pasma górskiego. Na samym środku widniało wejście do jaskini. Wejście, w kształcie głowy smoka...


Wiedziałam, że to co stało się przed chwilą, trzeba jak najszybciej wyjaśnić. W tym jednak momencie nic, ale to nic nie miało znaczenia. Nic poza Jaskinią Smoka...

C. D. N.